Dzień następny. Godzina 12:00 przewracam się z boku na bok, Michał wpada do pokoju, i pyta się czy nie przejadę się z nim nad ocean do Fugueira da Foz, bo jest piękna pogoda. Odsłonił mi żaluzje, do pokoju wpadło mnóstwo słońca. Patrzę, niebo niebieściutkie, żadnej chmury a termometr wskazuje 28C w cieniu. Jadę! Założyłem na siebie najcieńsze białe ubrania jakie mam, bo zapowiadał się znów upalny dzień. Obudziliśmy Andrzeja, na śniadanie do kantyny (w sensie obiad). I o 14:00 już siedzieliśmy w pociągu pędzącym nad ocean. Michał, Andrzej, Ja, trzy rowery deska surfingowa i bodyboard. Termometr w pociągu pokazywał, że na zewnątrz 30C. Miodzio, dzięki bogu nawet w regionalnych pociągach jest klimatyzacja. Bo nawet nie chciałem zgadywać jak ciepło jest w słońcu. Po godzinie byliśmy już nam miejscu, kupiliśmy po butli wody i w drogę. Najpierw trzeba było się przeprawić przez wielki most nad rzeką, wpadającą do oceanu. Potem jeszcze kawałek ulicą i dojechaliśmy do plaży, gdzie zastały nas bardzo dobre warunki do pływania – przynajmniej dla mnie. Fale były momentami tak małe że dałoby się leżeć na materacu, ale co jakiś czas pojawiały się większe potwory, na których można było rozwinąć dość sporą prędkość. Michał pożyczył mi piankę i zaczęła się zabawa. Na początku nie mogłem się w ogóle utrzymać na tej desce. Mimo iż się na niej leży to ciągle mi się przechylała na boki. Nie mówiąc już o tym, że każda kolejna fala mieszała mnie razem z oceaniczną pianą. Po jakimś czasie załapałem o co chodzi i udało mi się złapać kilka fal. Kto pływał z falą tak bez żadnych przyrządów, wie jaka to jest zabawa. A Bodyboard to ta sama zabawa, tylko płynie się szybciej wzdłuż fali, można balansując ciałem wykonywać różne zakręty, obroty i skoki. Zabawa przednia. Niestety mój poprzedni kontakt z wodą polegał głównie na prysznicu dwa razy dziennie i kondycja mnie zawiodła. Strasznie mnie męczyła ta walka z falami i nie mogłem długo się bawić, ale co popływałem to moje. Słońce grzało cały czas, tak więc wszyscy dorobiliśmy się czerwonych twarzy, rąk i ramion. Na szczęście codziennie w kantynie jem sporo warzyw, włącznie ze startą marchewką, tak więc już dziś mi wszystko ładnie zbrązowiało i liczę że wrócę do polski opalony jak murzyn :) A tymczasem zapiszę się na basen, bo aż się przeraziłem jak mi się pogorszyła kondycja w pływaniu, a tu są zniżki na kartę Euro26 i jedno wejście kosztuje niewiele ponad 1EUR. A basen niedaleko akademika, nowy, piękny nowoczesny. Andrzej z Michałem dziś pojechali na praktyki do szpitala, ja zaraz uciekam do szkoły sprawdzić codzienną pocztę, załatwić sprawę do końca z Procter&Gamble a potem na zakupy. Dziś znów żar się leje z nieba i muszę sobie kupić sandały, bo inaczej się ugotuję. Do tego slipki na basen i można będzie powiedzieć że mam komplet. Po południu skoczymy pograć w tenisa, trochę ruchu nikomu nie zaszkodzi :D
piątek, 4 kwietnia 2008
Irlandki, surfing i takie tam...
Dzień następny. Godzina 12:00 przewracam się z boku na bok, Michał wpada do pokoju, i pyta się czy nie przejadę się z nim nad ocean do Fugueira da Foz, bo jest piękna pogoda. Odsłonił mi żaluzje, do pokoju wpadło mnóstwo słońca. Patrzę, niebo niebieściutkie, żadnej chmury a termometr wskazuje 28C w cieniu. Jadę! Założyłem na siebie najcieńsze białe ubrania jakie mam, bo zapowiadał się znów upalny dzień. Obudziliśmy Andrzeja, na śniadanie do kantyny (w sensie obiad). I o 14:00 już siedzieliśmy w pociągu pędzącym nad ocean. Michał, Andrzej, Ja, trzy rowery deska surfingowa i bodyboard. Termometr w pociągu pokazywał, że na zewnątrz 30C. Miodzio, dzięki bogu nawet w regionalnych pociągach jest klimatyzacja. Bo nawet nie chciałem zgadywać jak ciepło jest w słońcu. Po godzinie byliśmy już nam miejscu, kupiliśmy po butli wody i w drogę. Najpierw trzeba było się przeprawić przez wielki most nad rzeką, wpadającą do oceanu. Potem jeszcze kawałek ulicą i dojechaliśmy do plaży, gdzie zastały nas bardzo dobre warunki do pływania – przynajmniej dla mnie. Fale były momentami tak małe że dałoby się leżeć na materacu, ale co jakiś czas pojawiały się większe potwory, na których można było rozwinąć dość sporą prędkość. Michał pożyczył mi piankę i zaczęła się zabawa. Na początku nie mogłem się w ogóle utrzymać na tej desce. Mimo iż się na niej leży to ciągle mi się przechylała na boki. Nie mówiąc już o tym, że każda kolejna fala mieszała mnie razem z oceaniczną pianą. Po jakimś czasie załapałem o co chodzi i udało mi się złapać kilka fal. Kto pływał z falą tak bez żadnych przyrządów, wie jaka to jest zabawa. A Bodyboard to ta sama zabawa, tylko płynie się szybciej wzdłuż fali, można balansując ciałem wykonywać różne zakręty, obroty i skoki. Zabawa przednia. Niestety mój poprzedni kontakt z wodą polegał głównie na prysznicu dwa razy dziennie i kondycja mnie zawiodła. Strasznie mnie męczyła ta walka z falami i nie mogłem długo się bawić, ale co popływałem to moje. Słońce grzało cały czas, tak więc wszyscy dorobiliśmy się czerwonych twarzy, rąk i ramion. Na szczęście codziennie w kantynie jem sporo warzyw, włącznie ze startą marchewką, tak więc już dziś mi wszystko ładnie zbrązowiało i liczę że wrócę do polski opalony jak murzyn :) A tymczasem zapiszę się na basen, bo aż się przeraziłem jak mi się pogorszyła kondycja w pływaniu, a tu są zniżki na kartę Euro26 i jedno wejście kosztuje niewiele ponad 1EUR. A basen niedaleko akademika, nowy, piękny nowoczesny. Andrzej z Michałem dziś pojechali na praktyki do szpitala, ja zaraz uciekam do szkoły sprawdzić codzienną pocztę, załatwić sprawę do końca z Procter&Gamble a potem na zakupy. Dziś znów żar się leje z nieba i muszę sobie kupić sandały, bo inaczej się ugotuję. Do tego slipki na basen i można będzie powiedzieć że mam komplet. Po południu skoczymy pograć w tenisa, trochę ruchu nikomu nie zaszkodzi :D
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz